|
Jakiś czas temu przez nasz kraj przetoczyła się plaga pod nazwą „wybory parlamentarne”.
Rozpisane osobno - z niepojętych dla mnie powodów, których zrozumienie wykracza poza ramy
tego tekstu – wybory prezydenckie i parlamentarne dopiero niedawno zeszły z głównych stron
gazet, ustępując miejsca jedynie katastrofom, po to tylko – aby po kilku miesiącach znów zacząć straszyć...
Mając w pamięci niedawne głosowania nad składami obu izb parlamentu oraz wybory na
najwyższy urząd w państwie i ich drugą turę, warto spojrzeć na to całe zamieszanie w nieco inny
sposób. Wyborczy szum poprzedniej jesieni niósł w sobie kilka wydarzeń dość ważnych z punktu
widzenia informatyka i przekazujących sporo informacji o rzeczywistości.
Dość istotne okazały się w moim mniemaniu dwa wydarzenia. Pierwszym z nich jest ciekawe
porównanie statystyk powyborczych: pomimo iż frekwencja stale spada, to ilość kandydatów z
wyborów na wybory – rośnie. Można zresztą zauważyć, iż początkowo niewielkie karteczki z listą
kandydatów zamieniały się na przestrzeni lat w książeczki do głosowania. Niestety, książeczki
znalazły się (zapewne dość słusznie) na cenzurowanym: ich idea polega wszak na tym, że jeden jest
widoczny na pierwszej stronie, a inny ukryty gdzieś w środku. W końcu książeczki ostatnio znów
stały się kartami.
W tym miejscu oprócz problemów natury legislacyjnej pojawiły się problemy natury semantycznej:
jak bowiem nazwać arkusz rozmiaru mniej więcej A2 na którym oznaczamy osobę, którą uważamy
za godną pełnienia obowiązków posła? Nie jest to już „kartka”, słowo „karta” także nie pasuje –
czyż nie lepszym określeniem byłaby „płachta” lub wręcz „plakat”? Niestety, „płachta wyborcza”
brzmi brzydko, zaś wyrażenie „plakat wyborczy” ma inne znaczenie.
Ewoluujący problem z semantycznego stał się więc zagadką logistyczną: jak w urnie pomieścić tę
olbrzymią ilość papieru? W niektórych lokalach urn było zatem więcej – cóż zatem by się stało,
gdyby wszyscy wyborcy jak jeden mąż pojawili się w lokalach? Czy po zapełnieniu się wszystkich
możliwych urn wyborczych członkowie komisji zaczęli by się popisywać kreatywnością i z
nielicznych, otwartych w niedzielę sklepów, przynieśliby kartonowe pudła? A może na urny
przerobiono by pożyczone od sprzątaczek z lokali wyborczych wiadra?
Hipotetyczne sytuacje, rodem nieomal z Monty Pythona, wbrew pozorom są śmiertelne
niebezpieczne dla demokracji: karty do głosowania walające się w okolicach przepełnionych urn to
koszmarna wizja – ryzyko nadużyć byłoby olbrzymie.
W pewien naturalny, i niczym nie skrępowany sposób, koncepcja systemu informatyczne
obsługującego wybory uwalnia nas od tego całego bagażu nieprzyjemnych doświadczeń. Ciekawe
kiedy dojrzejemy wystarczająco (politycznie, ekonomicznie i technicznie), żeby wybory w całości
przeprowadzać za pomocą środków elektronicznych? Terminale wyborcze w lokalach, głosowanie
zdalne, głosowanie w domu, elektroniczne urny u ludzi obłożnie chorych – to wszystko bez
zużywania ton papieru...
Drugi aspekt ostatnich wyborów, w których informatyzacja jest konieczna, to modyfikacja list
kandydatów w dniu wyborów. Na kilka godzin przed otwarciem lokali wyborczych podano do
wiadomości śmierć Wisły Surażskiej i Daniela Podrzyckiego – kandydatów do Sejmu RP
(Podrzycki kandydował do Sejmu równocześnie kandydując na urząd Prezydenta). Analiza sondaży
przedwyborczych i wyników wyborów pokazała, iż śmierć wspomnianych kandydatów nie miała
większego wpływu na wyniki wyborów. Oczywiście wiązało się to z całym szeregiem czynników –
mieliśmy bowiem do czynienia z kandydatką Platformy, która była jednym z głównych faworytów
wyborów i zajmowała pierwsze lub drugie miejsce w sondażach przedwyborczych, i zgon jednej
tylko osoby, w dodatku nie zajmującej czołowego miejsca nie mógł wpłynąć znacząco na sukces
całej partii. Z drugiej strony mieliśmy głównego kandydata partii dość marginalnej, której odległość
od progu wyborczego była tak wielka, że chyba tylko cud mógłby Polskiej Partii Pracy dać miejsca
w Sejmie.
Działanie Państwowej Komisji Wyborczej pokazało jak bardzo nieprzygotowani jesteśmy na takie
sytuacje. Komisje wyborcze wywiesiły w lokalach informacje o fakcie śmierci kandydatów – lecz
samo wywieszanie obwieszczeń jest mocno dyskusyjne z kilka powodów.
Pierwszym z nich jest natłok informacji wizualnej podczas głosowania: lokale są obwieszone
wieloma obwieszczeniami i instrukcjami, zaś kolejne z nich może po prostu umknąć uwadze
głosujących. Z drugiej strony pomieszczenie takiej informacji w kabinach do głosowania zwróci
uwagę wyborców – być może nawet przyciągnie uwagę części z nich do tego stopnia, iż
zainteresowani nazwą partii z której pochodziła zmarła osoba zmienią swe postanowienie (o ile
takowe mieli) i zagłosują właśnie na ten komitet wyborczy. Oczywiście badanie skali sugestii
wykracza poza ramy niniejszego rozważania, i należy je zostawić psychologom, jednak już sam
fakt, iż takie wątpliwości się pojawiają, jest znaczący.
Trzecim problemem to, że komisja nie może dokonywać skreśleń na kartach do głosowania, przez
co wyborcy mogą mieć zupełnie mylny obraz sytuacji i zagłosować na osobę zmarłą. Przepisy
dotyczące reguł traktowania takiego głosu są dość zawiłe i część wyborców może ich nie zrozumieć
– co więcej, można się obawiać iż błędy popełni wtedy także komisja wyborcza.
Patrząc z perspektywy tych dwóch wydarzeń związanych z ostatnimi wyborami w Polsce dojść
można do wniosku, iż prawidłowo zaprojektowany w fazie koncepcyjnej system, może umożliwić
rozwiązanie wielu niespodziewanych problemów pojawiających się w czasie wyborów. Sęk w tym,
że dokładne zrozumienie dziedziny problemu jest największym wyzwaniem stojącym przed
informatykami. Pojęcie rzeczywistych celów i oderwanie się od myślenia schematami jest nam
najbardziej potrzebne. Tylko wtedy bowiem będziemy tworzyć elastyczne, odporne na zdarzenia
zewnętrzne systemy, dzięki którym życie ludzi będzie łatwiejsze i przyjemniejsze. A o to przecież
w tej całej zabawie chodzi.
|